
JEST NAJPOPULARNIEJSZYM POLSKIM ARTYSTĄ NA ŚWIECIE. JEGO TWÓRCZOŚĆ URZEKA WIRTUOZERIĄ MALARSKĄ, FASCYNUJE BEZGRANICZNĄ WYOBRAŹNIĄ ORAZ BOGACTWEM INTELEKTUALNYM. OBRAZAMI WOJCIECHA SIUDMAKA ZACHWYCAŁ SIĘ FEDERICO FELLINI, MAJĄ JE W SWOICH KOLEKCJACH GEORGE LUCAS I JEAN– –JACQUES ANNAUD. ZDOBIŁY FASADĘ ŚWIĄTYNI RAMZESA III W LUKSORZE I WIEŻĘ EIFFLA W PARYŻU. ICH WARTOŚĆ NIERZADKO OSIĄGA 70 TYS. DOLARÓW.
Kiedy pytano Pana w dzieciństwie, kim chciałby zostać, gdy podrośnie, to co Pan najczęściej odpowiadał?Zawsze pragnąłem zostać malarzem. I nawet w szkolnym wypracowaniu napisałem, że chciałbym być takim artystą jak Jan Matejko. Kiedy polonistka przeczytała to przy mojej klasie, zawstydziłem się, wcisnąłem głowę w ramiona i oparłem ją na drewnianej ławce. Dziś na podobne pytania dzieci odpowiadają śmielej, pewniej i z większą swobodą.
Pochodzi Pan z rodziny z tradycjami artystycznymi?Brat ojca był muzykiem, babcia grała na pianinie, ale nikt nie przejawiał talentu malarskiego. Niemniej jednak w domu były reprodukcje dzieł różnych malarzy. Jestem więc przekonany, że rodzice byli bardzo wrażliwymi ludźmi, ale w latach wojennych i powojennych zastanawiano się głównie nad tym, jak przetrwać. Nie mogli sobie pozwolić na rozwijanie artystycznych pasji.
Wielu młodych ludzi wkraczało w świat fantastyki poprzez Pana obrazy zdobiące okładki miesięcznika „Fantastyka”. A co ukształtowało Pana wyobraźnię?Nie byłem bezpośrednim współpracownikiem „Fantastyki”, mieszkałem już wtedy w Paryżu, ale patrzyłem na przesyłane mi pisma z wielką czułością. Podczas wernisaży i spotkań w kraju wiele osób mówiło mi o ważnym dla nich kontakcie z „Fantastyką”. Podkreślali, że dzięki temu ukształtowali w sobie szerszą wyobraźnię i wzbogacili się wewnętrznie. Jestem z tego bardzo dumny. Z kolei moją wyobraźnię kształtowały m.in. bajki, mitologia grecka, opowieści Juliusza Verne’a, powieści Franka Herberta i Philipa K. Dicka. Byłem bardzo wrażliwym dzieckiem i do dziś pamiętam, że moje nieudolne pierwsze rysunki doprowadzały mnie do płaczu. Wiele lat później dziwiłem się, skąd brała się u małego dziecka trzeźwość i krytyczne spojrzenie na własne rysunki, które w tym wieku przynoszą raczej zadowolenie. Trudno jest mi dziś powiedzieć, do jakich zauważonych mimowolnie dzieł malarskich odnosiła się moja dziecięca wyobraźnia? I skąd brała się potrzeba dorównania mistrzom i porównywania się z nimi? Wydaje mi się, że wydarzeniem, które otworzyło moją wrażliwość na kosmos, była historia, którą opowiadam w „Genesis” – kiedy to pewnego zimowego wieczoru na przykościelnym placu w zasypanym śniegiem Wieluniu odkryłem ogrom nieba. Był późny wieczór. Wychodziłem wraz z kolegami ze szkoły. Miałem 8–9 lat. Zachwyciliśmy się zimowym pejzażem. Pełnia księżyca oświetlała bezpiecznie wtulone w śnieg, malutkie kamienice. Rzuciliśmy się w puszysty śnieg. Pozostawione na nim ślady wyglądały w świetle księżyca jak zrywająca się do lotu gromada ptaków. Ponownie zanurzyłem się w puszystym śniegu z szeroko otwartymi ramionami. Nagle poczułem, że zawisłem w próżni, jakby utrzymywany w nieważkości pomiędzy ziemią a niebem. Patrzyłem zdumiony na sklepienie. Zachwyciły mnie gwiazdy na tle aksamitnego nieba. Błyszczały wyraźnie, a księżyc oświetlał ustawione regularnie chmurki, jakby za pomocą tej perspektywy chciał uzmysłowić mi ogrom postrzeganej przestrzeni. Poczułem się jak pyłek. Zdałem sobie sprawę nie tylko z ogromu i piękna nieboskłonu, ale także z własnej maleńkości. Wydawało mi się, że wszystko zamilkło, odczułem jakąś niewypowiedzianą harmonię. Miałem wrażenie, jakby budujące mnie cząsteczki ułożyły się posłusznie jak opiłki żelaza wokół magnesu. Poczułem, jakby stało się coś ważnego. Ogarnął mnie zachwyt i jednocześnie jakiś nieznany mi dotąd głęboki niepokój. Wydawało mi się, że stałem się lekki. Do dziś pamiętam ten moment. Mam wrażenie, że to było wczoraj, przed chwilą.
Zdobył Pan gruntowną wiedzę z zakresu malarstwa. Przydaje się ona Panu?Tak, i to bardzo. To jest element mojego świata i warsztatu, gdzie mogą się zrodzić niezwykłe myśli i wyzwania. To są moje „słowa”, z których układam „zdania”, formułuję pragnienia, cel, wizje. Claude Lévi-Strauss, francuski filozof i etnolog, zwracał uwagę na proste rysunki, które archeolog wykonuje, obserwując odkryte przedmioty. Uważał, że tego typu dokumentacja jest głębsza niż seria zdjęć. Niestety, XX wiek jest czasem upadku kulturowego. Dziś młody człowiek po długich studiach artystycznych nie potrafi obserwować ani rysować. Istnieją jeszcze takie akademie sztuki,gdzie w ogóle zabrania się rysowania i obserwacji. Komputer zastąpił wszystko. Zajął się nawet powolną destrukcją sfery indywidualnej wyobraźni. Zrobotyzował studenta, proponując mu rozwiązania zawarte w jego programie. To trochę tak, jakby zabroniono używać pewnych liter w alfabecie. Na pewno udałoby się sklecić jakieś tam słowa, tylko dlaczego dobrowolnie pomniejszać możliwości i redukować wyobraźnię? W tej sytuacji rodzą się podobne pomysły architektoniczne na czterech końcach świata. Ubogie i tuzinkowe.
Kto jest Pana mistrzem?W dzieciństwie był nim Matejko, który nadał twarze postaciom z naszej historii. Później, już od czasu studiów, renesansowi mistrzowie, a także rzeźba grecka i widoczne w niej dociekania harmonii uniwersalnej i piękna. Trudno mi wybrać jednego wielkiego mistrza, bo jest to raczej cała galeria wybitnych postaci, gdzie obok Leonarda siedzi Ingres, Böcklin, florencki rytownik Bracelli, któremu zawstydzony Dali nie oddał odpowiedniego hołdu za możliwość czerpania z jego pomysłów, Michał Anioł, genialny Bernini, Caravage, Tiepolo, grecki rzeźbiarz Leochares oraz Agesandros, Atenodor i Polidor, twórcy „Grupy Laokoona”, Mucha, Malczewski, szalony Yves Klein i jeszcze wielu innych, którzy zachwycają mnie nieustannie swą inteligencją i mistrzostwem.
Jest Pan nazywany współczesnym Salvadorem Dalim czy Michałem Aniołem epoki science fiction. Który twórca jest Panu bliższy?Obaj są mi bliscy, bo ich twórczość, każda na swój sposób, jest kosmiczną wizją świata. U Michała Anioła na podstawie intuicji i otwartego umysłu, typowego dla ludzi renesansu, a u Dalego na podstawie odkryć naukowych i specyficznej interpretacji świata. Obecnie intryguje mnie dzieło Michała Anioła „Dekoracja Kaplicy Sykstyńskiej”, a ściślej mówiąc, centralny motyw przedstawiający Boga wyciągającego rękę do Adama. To tak uporczywie wykorzystywane przez media i reklamę ujęcie niesie w sobie dużo głębsze i właśnie typowo renesansowe przesłanie, które przez tyle wieków kryło tajemnicę. Jest ono dla mnie nie tyle inspiracją, ile swoistym dialogiem z mistrzem, który przybierze formę dużego obrazu i całego szeregu szkiców.
Skąd Pan czerpie inspirację? Czym ona jest dla Pana?Inspiracja to bardzo tajemniczy mechanizm. Nie przychodzi ona w momentach oczekiwania, lecz pojawia się niespodziewanie, jak błysk światła, który jest czymś więcej niż ideą ewentualnego przyszłego dzieła. Jest to wizja, która zawiera prawie wszystkie elementy rodzącego się obrazu.
Jak przebiega u Pana proces twórczy? Pracuje Pan pod wpływem chwili, natchnienia czy może Pana obrazy są wynikiem długich przemyśleń?To właśnie długie przemyślenia powodują, że nagle pojawia się krótki błysk przypominający spięcie. I dlatego właśnie ta błyskawiczna wizja jest już wówczas bogata i zawiera elementy konieczne do obrazu. Nic nie jest rezultatem absolutnego przypadku czy też nadprzyrodzonej łatwości. Rezultat może być zaskakujący dla widza, a nawet i dla samego twórcy.
Prezentował Pan swoje prace na wieży Eiffla czy na fasadzie świątyni Ramzesa III w Luksorze w Egipcie. Skąd pomysł na te oryginalne plenery?Te niezwykłe miejsca wybrali organizatorzy wystaw. W Luksorze, tuż obok miejsca, gdzie według starożytnych Egipcjan narodził się świat (to już ma jakąś ukrytą wymowę), odbyła się projekcja moich obrazów na fasadzie świątyni Ramzesa III w nocy i dla wybranych widzów. Jedna i druga prezentacja wiązała się z rokiem 2000. Wystawa moich prac na wieży miała charakter oficjalny. Władze Paryża wybrały moją wizję przyszłości, aby powitać oficjalnie III tysiąclecie. Doświadczenie to było niezwykłe. Przez wystawę przewinęły się tłumy turystów z różnych części świata. Obserwując zwiedzających przez sezon letni, zauważyłem, że to nie język angielski jest uniwersalny, ale właśnie emocja. I to bez względu na religię, kraj czy system polityczny i gospodarczy.
Patrząc na swoje życie, wierzy Pan w splot szczęśliwych okoliczności czy może wszystko potoczyło się według precyzyjnie zaplanowanego scenariusza?Moje życie toczy się według jakiegoś scenariusza, którego przyszłych odcinków nie potrafię odgadnąć. Mogę planować kolejne wystawy czy obrazy, ale reszta wymyka się spod mojej kontroli. To przypomina pojazd, który posuwa się określonym torem, a ja jako kierowca kręcę sobie kierownicą, by nadać pojazdowi jakiś wirtualny kierunek, lecz on nie wpływa na plan jazdy, a nieświadomemu kierowcy daje wrażenie, że jest panem sytuacji. Może tak jest naprawdę. Podobnie stało się ze „Światowym Projektem Pokoju”. Dlaczego na mnie spoczęła ta misja? Los tak „zorganizował” całość przedsięwzięcia, że najpierw urodziłem się w mieście Wieluniu, gdzie rozpoczęła się największa tragedia w dziejach ludzkości – druga wojna światowa w 1939 roku. Byłem świadkiem potworności, jakie po sobie zostawiła. Musiałem zostać artystą, aby językiem uniwersalnym opowiedzieć o tej tragedii i o niebezpieczeństwie innych wojen, przed jakimi stoi ludzkość. Poznałem pisarzy, naukowców, artystów, których fascynuje kosmos i pragną harmonii. Osiedliłem się w Paryżu, gdzie moją twórczość uznano i gdzie mieszczą się ważne organizacje pokojowe, UNESCO. Pierwsza pomoc w realizacji projektu przyszła od firm i osobistości w Paryżu. Symfonię do projektu przygotowuje właśnie Francis Lai, wielki kompozytor, którego melodie znane są na całym świecie. Od 30 lat jest on moim bliskim przyjacielem i nigdy nie myślałem, że wspólnie będziemy pracować dla „Światowego Projektu Pokoju”. Podobnie prof. Frank Wilczek, wielki fizyk, spadkobierca geniuszu Einsteina (Nagroda Nobla w 2004 roku), napisał o wszech-świecie słowami, których ja mógłbym użyć, bo tak są bliskie mojej artystycznej intuicji dotyczącej praw kosmosu. Tylko że ja nie potrafię nazywać rzeczy wszechświata słowami naukowca ani teżnie posiadam tej ścisłej i zawrotnej wiedzy fizyka. Profesor Frank Wilczek wraz z wielkim astrofizykiem Aleksandrem Wolszczanem są osobistościami komitetu honorowego „Światowego Projektu Pokoju”. Gdybym to wszystko zaplanował, to z pewnością projekt wydałby się niemożliwy do wykonania. Najwidoczniej są jakieś zaskakujące prawa, energie, które najprawdopodobniej rządzą w naszej podświadomości. Oczywiście, tłumaczenie tego wszystkiego nie ma sensu. Strefa cienia jest równie bogatym światem jak świadome działanie. Myślę, że warto uszanować ciszę, jaka tam panuje, tę intymność, która nie ma ochoty na niepotrzebne światło, dociekliwość i obnażanie.
Podobno wahał się Pan, czy przyjąć propozycję organizatorów festiwalu w Cannes i stworzyć plakat. Potem przyznał Pan, że był to przełomowy moment w życiu. Co wtedy zadecydowało, że mimo niechęci do sztuki użytkowej postanowił Pan zmierzyć się z nowym wyzwaniem?Patrząc z perspektywy czasu, myślę, że podobnie jak przy „Światowym Projekcie Pokoju” propozycja organizatorów festiwalu w Cannes przyszła także w odpowiednim momencie. Wszystko było gotowe, by zrealizować obraz, który zerwał z tradycją plakatu i doprowadził do przełomu w moim życiu. Wielką rolę w tym momencie odegrał krytyk Alexandre i dyrektor festiwalu Maurice Bessy, człowiek o wielkiej intuicji i odwadze artystycznej. Był osobowością o niezwykłych walorach ludzkich, wielkiej kulturze i wiedzy. Co zdecydowało o tym, że zaakceptowałem propozycję? Z pewnością to, że Maurice Bessy pogodził się z faktem, że to nie będzie tradycyjny plakat. Nigdy nie uprawiałem plakatu i ta forma wydawała mi się odnogą sztuczną, komercyjną. Dobry obraz może być plakatem. Intuicyjnie wyczułem, że mogę zrobić coś, co będzie odpowiednie dla festiwalu, ale pozostanie całkowicie swobodną i osobistą inter-pretacją. To był wielki sukces. Następnie popro-szono mnie o dalsze realizacje przez kolejne dwa lata, co było absolutnym wyjątkiem w historii festiwalu.
Jest Pan współtwórcą hiperrealizmu fantastycznego. Dlaczego wybrał Pan właśnie ten kierunek? Tak bardzo Pana zafascynował czy może w ten sposób próbował Pan uciec od świata rzeczywistego?Wbrew pozorom nie jest to ucieczka od rzeczywistości. Warto przytoczyć cytat z Baudelaire’a: „Zdrowy rozsądek wykazuje, że ziemska rzeczywistość istnieje w małym stopniu, a prawdziwa rzeczywistość jest jedynie w marzeniach”. Hiperrealizm fantastyczny to jakby następny oddech realizmu fantastycznego, który nie posiada określonego stylu. Można powiedzieć, że jest jak pionowa oś, która biegnie przez całą sztukę Europy Zachodniej. Realizm fantastyczny reprezentują również surrealiści, a wcześniej renesansowi artyści, tacy jak: Archimboldo, Gianbattista Bracelli, a także Jérôme Bosch, William Blake. Myślę, że moja osobowość najbardziej wpisuje się w cechy realizmu fantastycznego, gdzie pojęcie fantastyki określa wszystko, co wykracza poza zwyczajność. Pojęcie to dotyczy sytuacji powyżej uznanych norm i poza znanymi nam punktami odniesienia, które określają zazwyczaj rygorystyczne doświadczenia. Dawid Larkin mówi, że „fantastyka określa piękno, wyniosłość i delikatność, a także dziwaczność i zgrozę oraz to wszystko, co otacza rzeczywistość i przekracza ją”. Jest to nadrzeczywistość. Moja dewiza ujmuje cały ten wywód prościej: „Tylko marzenie może przekroczyć niepokonalne przeszkody”.
Chciałby Pan żyć w wykreowanym przez siebie świecie?To pytanie zadała mi córka, kiedy miała 16 lat. Zdumiało mnie i trochę przeraziło, bo wtedy wydawało mi się, że codzienność i obrazy nie mają na siebie żadnego wpływu. Dziś myślę, że skoro wymyślone światy są moim dziełem, to stanowią część mojego życia, podobnie jak nieskończenie wielkiemu odpowiada nieskończenie małe. Czyli ja w tym świecie przez jakiś czas, choćby ten tworzenia, żyję. Myślę, że to wszystko, co możemy wymyślić, musi istnieć, jesteśmy przecież tak minimalnym i tak skromniutkim pyłkiem kosmosu. Często wymyślone sztuka „Katarzyna” i skomplikowane formy, jakie narysowałem, odnajduję nagle w naturze, w banalnych okruchach nasion, liści, formach roślinnych lub morskich.
Co stara się Pan wyrazić przez swoją twórczość? Jaka problematyka w niej dominuje?Interesuje mnie człowiek, jego miejsce w świecie i w kosmosie oraz relacje ludzkie, ich cechy pozytywne i negatywne: zgroza, piękno, przemoc, harmonia, siła, upadek, wielkość i nicość. A także nasza zależność od praw kosmosu: mądrość, która pozwala nam pojąć choć częściowo uniwersalną harmonię, i brak rozsądku, który prowadzi do wojen, kataklizmów, zagłady. Fascynuje mnie geniusz wielkich twórców i naukowców, przeraża terror i zwierzęcy instynkt, którego nie potrafimy się wyzbyć. Pragnę pojąć tę tajemniczą tęsknotę, o której tak pięknie pisze Frank Wilczek. To właśnie ona powoduje poszukiwanie sensu, inspiruje naukowców i artystów i towarzyszy każdemu przedsięwzięciu ludzkiemu. „Spełnienie polega na znalezieniu się choćby na chwilę w miejscu, gdzie łączą się ze sobą subiektywny świat samotnika i wspólny wszechświat zewnętrznej rzeczywistości. Starając się zrozumieć ten świat i przewidzieć jego zachowanie, wyobrażamy sobie inne światy, rządzone prawami logiki, choć niedostępne dla zmysłów. Światy te możemy dojrzeć tylko przelotnie, gdy zaiskrzą się na obrzeżach rzeczywistości”. I tak było w momencie, kiedy leżący na śniegu mały chłopiec z Wielunia zachwycił się i przejął pięknem nieboskłonu.
Dlaczego przedstawia Pan zazwyczaj ludzi pięknych i młodych?To prawdopodobnie właśnie ta tajemnicza tęsknota za odnalezieniem sensu naszej egzystencji i harmonii uniwersalnej, na której zasadach zbudowane jest nasze ciało i kosmos. To nie „ładność”, ale poszukiwanie piękna, różnicy, której ciągle nie mogą pojąć pewne osoby. To właśnie intuicyjne poszukiwanie piękna i harmonii naprowadziło Pitagorasa na odkrycie praw harmonii w muzyce, kiedy to odmierzał harmonię na strunie liry. Piękno jest najbardziej zachwycającą formą realizacji człowieka, daleką od przelotnej mody. Harmonia towarzyszyła przez wieki architektonicznym realizacjom, a proporcje człowieka stanowiły podstawę dla planów budowy katedr. Złoty podział jest wszechobecny.
Tadeusz Kantor mawiał, że aby zostać artystą narodowym, trzeba najpierw zostać artystą międzynarodowym. To znalazło potwierdzenie w Pana życiu. Jest Pan dziś spełnionym artystą?Niestety, jest to prawda ogólnie przyjęta, że „nikt nie jest prorokiem we własnym kraju”. Satysfakcja i spełnienie to dla mnie świadomość, że z każdym rodzącym się dniem mogę spokojnie rozpocząć pracę z pełną swobodą i skromnością uczciwego rzemieślnika oraz iść wybraną drogą i móc patrzeć na gwiazdy. Rozmawiała Katarzyna Wierzba