Kiedy zrozumiał Pan, że nie może żyć bez sztuki? Zawsze w głębi serca czułem, że chcę malować. I to przede wszystkim dziewczyny, bo czy jest w życiu coś piękniejszego od nich?
W Pana rodzinie były tradycje malarskie? Nie, choć mój starszy o dziesięć lat brat również malował. Robił to jednak dla zabicia czasu, nigdy nie fascynowało go to tak mocno jak mnie.
Jak powstaje obraz? To są męki twórcze (śmiech). Staram się malować to, co mnie otacza, na co patrzę, z kim się spotykam. Zawsze jednak poszukuję we wszystkim tej piękniejszej strony życia, bo uważam, że świat jest piękny. I tak naprawdę wiele rzeczy może mnie zainspirować, nawet jakaś kolorowa plama dostrzeżona w tumanie kurzu czy koronach drzew. Kiedyś podczas spaceru z psem minęliśmy wychodzące ze szkoty dziewczyny – śmiały się, szczebiotały, zachowywały się, jak to młodzież, bardzo hałaśliwie – i jak tylko wróciłem do pracowni, to już miałem pomysł na kolejny obraz. Kiedy indziej wystarczy, że zobaczę jakieś ciekawe zestawienie strojów, na przykład czerwoną kurtkę z żółtym szalem, i już zaczyna się rodzić wizja twórcza. Zdarza mi się również zrobi; kilka kolorowych plam na płótnie, a potem zastanawiać się, co mógłbym z nich wyczarować? Jak je scalić? Jaką snuć dalej malarską opowieść? W takich chwilach odkrywam, że nic nie jest jednorodne w kolorze. I jeśli jedną barwę stawia się obok drugiej, to obie diametralnie się zmieniają. Niekiedy bywa tak, że nie jestem w stanie ukończyć obrazu. Stawiam go wtedy przodem do ściany i nie zaglądam do niego przez jakiś czas.
Kontynuacja w wersji do druku.