Czy dziś z perspektywy lat może Pan powiedzieć, że spełniły się Pana marzenia?
Zawód scenografa daje dużo satysfakcji i zadowolenia, tym bardziej jeśli odnosi się sukcesy. Przychodzą jednak chwile, kiedy zastanawiam się, czy nie lepiej byłoby zająć się czymś zupełnie innym. Ale kiedy przypominam sobie wszystkie filmy, do których zrobiłem scenografię, to opuszczają mnie wątpliwości i wiem, że to był dobry wybór.
Przy tworzeniu scenografii bardziej przydaje się talent, pomysłowość, wyobraźnia czy opanowany do perfekcji warsztat pracy?
Najważniejsza jest wyobraźnia i odwaga, ale to przychodzi dopiero z czasem. Trzeba też mieć ogromną wiedzę o filmie i, co najważniejsze, nie tylko bardzo dobrze rozumieć, ale przede wszystkim kochać kino.
Film jest dziełem zespołu ludzi. Praca w grupie nie jest łatwa, szczególnie, kiedy tworzą ją artyści. Jakie warunki muszą być spełnione, aby była ona satysfakcjonująca?
Praca nad filmem trwa wiele miesięcy. Najpierw czytam scenariusz i tworzę pierwsze projekty – uwzględniam w nich moje pomysły, ale też wskazówki reżysera i producenta. Później wnikliwie je omawiamy. Nie są to łatwe rozmowy, bo dotyczą również bardzo przyziemnych spraw, np. możliwości finansowych czy krótkich terminów. Wszystko to sprawia, że projekty są wielokrotnie przebudowywane. I wtedy szalenie ważne jest, aby reżyser był artystą, który potrafi mnie porwać, za którym wszędzie pójdę, któremu we wszystko uwierzę. Świadomość, że reżyser jest mistrzem, ogromnie ułatwia pracę i pozwala mi czerpać satysfakcję z tego, co robię.
Od samego początku miał Pan szczęście pracować z najwybitniejszymi reżyserami w Polsce i na świecie: Andrzejem Wajdą, Krzysztofem Kieślowskim, Agnieszką Holland, Stevenem Spielbergem, Romanem Polańskim, Peterem Webberem, Johnem Irwingiem…
To nie tylko szczęście, jest w tym też sporo mojej pracy i wiele lat doświadczeń. Praktycznie całe dzieciństwo spędziłem w świecie filmu – mój ojciec był scenarzystą i to właśnie z rodzinnego domu wyniosłem ogromną wiedzę o kinie. Szczęśliwie też złożyło się, że na samym początku kariery spotkałem Andrzeja Wajdę. To on zaszczepił we mnie miłość do kina i pokazał, jak szalenie jest ono interesujące właśnie dla scenografa. Praca przy jego filmach bardzo ułatwiła mi później kontakty z innymi, równie wybitnymi i ciekawymi reżyserami.
Wielokrotnie jednak powracał Pan do tych samych reżyserów – do Wajdy, Polańskiego, Holland…
Przyjemnie jest powracać, szczególnie do wspomnianych przez panią reżyserów. To przecież oni mnie wybierają, a jeśli tak się dzieje, to najlepszy dowód na to, że dobrze współpracowało nam się przy poprzednim filmie.
Nad jakim filmem chciałby Pan teraz pracować?
Trzeba pamiętać, że poza sukcesami ten zawód przynosi też wiele rozczarowań. Powstaje wiele ciekawych projektów, które wydaje się, że są już realizowane, po czym najpierw przesuwa się termin, a potem zapomina o filmie. Takim obrazem jest np. „Pompeja”, której poświęciłem mnóstwo czasu i emocji – mam tylko nadzieję, że jeszcze do niego wrócimy, choć na razie, spoglądam na inne projekty. Niedawno przeczytałem wspaniały scenariusz o Vivaldim i ciągle liczę na jego realizację.
Jak przygotowuje się Pan do zrobienia scenografii? Skąd czerpie pomysły?
Moją pierwszą inspiracją jest scenariusz – zawsze staram się jak najlepiej go zrozumieć. Jestem dość dobrze zorientowany w epokach i stylach, ale po przeczytaniu scenariusza uświadamiam sobie, jak wiele muszę się jeszcze nauczyć – przede wszystkim poszerzyć wiedzę historyczną. Dobrze czuję się w filmach, których akcja rozgrywa się w XIX wieku. Teraz przygotowywałem się jednak do „Pompei” – musiałem więc przypomnieć sobie dzieje starożytnego Rzymu. Najpierw pojechałem do Anglii na spotkanie z Robertem Harrisem, który jest autorem książki „Pompeii” – parę lat temu była ona bestsellerem na całym świecie. Spędziłem z nim cały dzień – dowiedziałem się, jak napisał tę książkę i z jakich źródeł czerpał informacje. Udostępnił mi również swoją bibliotekę. Z jego pomocą zgromadziłem całą dokumentację – opisy, ryciny, malarstwo. Później z moimi współpracownikami wybrałem się do Pompei. Oczywiście chodziliśmy po jej ruinach, ale powieść dotyczy Pompei w latach jej największego rozkwitu, pokazuje, jak wyglądała na trzy dni przed wybuchem. Podobnie jest przy innych filmach. Kiedy robiłem scenografię do „Człowieka z marmuru” musiałem zrekonstruować budowę Nowej Huty, z kolei przy „Smudze cienia” zgłębiłem wiedzę o budowie żaglowców w XIX-wiecznej Anglii, a w „Hannibalu: Po drugiej stronie maski” odtwarzałem wojenną Litwę i powojenny Paryż.
Z jakich materiałów najbardziej lubi Pan tworzyć scenografię?
Zapewne najlepiej byłoby korzystać z prawdziwych materiałów. Niestety, nie pozwalają na to czas i pieniądze. Staram się więc pracować z bardzo zdolnymi rzemieślnikami, prawdziwymi ludźmi kina, którzy potrafią stworzyć imitację każdej, nawet najbardziej wyszukanej materii. Często używam prymitywnych materiałów, w których nie ma nic ekscytującego, i dopiero wykończenie nadaje im fantastyczne kształty i formy. Płyta MDF pomalowana przez bardzo zdolnego czeskiego artystę zamienia się w piękny marmur. Na tym właśnie polega sztuka i zarazem oszustwo – widz nie ma prawa domyśleć się, że dekoracje są zbudowane z płyt, a nie z marmuru, z gipsowych form, a nie z cegły. Budynki mają zazwyczaj tylko fasadę, a z tyłu podtrzymywane są metalowymi rusztowaniami. Poza tym dekoracje pokazują też rzeczy, które są już nadszarpnięte upływem czasu, mają jakąś historię. Jeśli buduję miasto, to nie mam takiej satysfakcji, jaką ma architekt, który tworzy nowy, nieskazitelnie czysty i świeży budynek. Moje domy są przepełnione historią ludzi, zdarzeń i czasu, który upłynął od ich powstania.
Woli Pan adaptować gotowe plenery czy od fundamentów kreować świat?
Filmy Andrzeja Wajdy często powstawały w bardzo skromnych warunkach i wtedy pomysły na dekoracje liczyły się najbardziej. Zastanawialiśmy się, jak wykorzystać istniejące obiekty. Zawsze jednak szukałem takich plenerów, które można swobodnie adaptować. Pamiętam, jak bardzo zdziwił się Andrzej, kiedy pokazałem mu skromny dwór, który znalazłem z myślą o „Pannach z Wilka”. Właściwie bardziej przypominał letnią daczę, ale ja wiedziałem, że mogę zmienić ten obiekt – przemalować, dostawić ganek, odtworzyć wszystko, co kiedyś istniało w tym dworku. Największą przyjemność sprawia mi jednak tworzenie od podstaw. Mogłem sobie na to pozwolić przy filmie „Oliver Twist” – zbudowałem Anglię, i to… w Czechach. W „Liście Schindlera” wykorzystaliśmy bardzo dużo istniejących obiektów, a z kolei w „Pianiście” więcej dekoracji musieliśmy stworzyć.
Z pewnością są filmy, w których zachwyciła Pana scenografia…
Zawsze robi na mnie wrażenie dekoracja, która jest przekonująca. Zazwyczaj zwracam uwagę na to, co sam staram się osiągnąć – scenografia powinna przekazywać klimat, wydobywać paletę kolorów charakterystyczną dla danej epoki i miejsca. I taka była np. w „Konformiście” Bertolucciego czy „Zmierzchu bogów” Viscontiego. Bardzo lubię filmy Ridleya Scotta, są one szalenie wizualne, piękne i porywające. Olbrzymie wrażenie zrobiła na mnie scenografia do jego obrazu „Alien”. Wykreował tam niesamowity świat – bardzo odległy, a zarazem niezwykle realistyczny.
Większość scenografów pozostaje w cieniu reżyserów czy aktorów. Nie dotyczy to jednak Pana. Może Pan zdradzić receptę na sukces?
Sukces nie przyszedł z dnia na dzień, złożyły się na niego lata pracy. Na pewno miałem szczęście pracować z wielkimi reżyserami i przy wspaniałych filmach. Bardzo pomogła mi współpraca z Andrzejem Wajdą, który zawsze traktował mnie po partnersku i poważnie brał pod uwagę moje pomysły. Ważna była również „Lista Schindlera” Stevena Spielberga – to przecież za scenografię do tego filmu dostałem Oscara. Myślę, że to wszystko razem sprawiło, że jestem dziś znany.
Jak Oscar zmienił Pana życie?
Był zastrzykiem dobrej energii, mocno mnie zmobilizował. Nie zmienił jednak zbyt dramatycznie mojego życia, choć dzielę czas na przed Oscarem i po nim. Przed Oscarem zrobiłem dużo filmów europejskich, a po nim miałem więcej propozycji z rynku amerykańskiego. Każdy, kto widział „Listę Schindlera”, a powiem mu, że to ja zrobiłem scenografię do tego filmu i że dostałem za nią Oscara, wie, na co może liczyć.
Niewiele osób zdaje sobie sprawę z tego, że scenografia do ostatniej reklamy Pilsnera Urquella jest Pana dziełem…
Bardzo lubię mój zawód i ogromną przyjemność sprawia mi tworzenie scenografii. Kiedy kończę pracę nad jakimś filmem, to – zanim zacznę przygotowywać się do kolejnego – mam trochę czasu, więc poświęcam go na projekty do reklam. To bardzo ciekawe wyzwanie. Zawsze jednak robię scenografie tylko do tych reklam, które mnie zainteresują i do których mam przekonanie. Stworzyłem więc dekorację dla Pilsnera, bo cenię Kydryńskiego i muzykę, którą on prezentuje. Robiłem też na rynek angielski reklamę piwa Heineken – góry Montany stworzyliśmy w naszych polskich górach. Dla funduszu Skarbiec zbudowałem rakietę, która leciała w kosmos, a scenerię dla wódki Bols – rozszalały ocean – wykreowałem w studiu. W reklamach bardzo często spotykam się z ludźmi, z którymi robię filmy. Tworzą je najbardziej uznani reżyserzy, a najlepsze z pewnością robi Ridley Scott.
Fotograf nawet bez aparatu kadruje rzeczywistość, redaktor robi korektę książki, którą czyta tylko dla przyjemności, a czy Pan dekoruje podświadomie otaczającą rzeczywistość?
Wydaje mi się, że nawet mocniej objawia się to w życiu niż w czasie projekcji filmowych. To właśnie na co dzień wypracowuję pewien rodzaj estetyki, którą przenoszę później na ekran. Oczywiście, zawsze rozglądam się w nowym otoczeniu, a podróżując po świecie, staram się odwiedzać muzea, szczególnie te poświęcone historii wnętrz.
Czym kierował się Pan, dekorując własny dom?
Urządzałem go wraz z żoną, która jest kostiumologiem. Staraliśmy się, aby był dla nas przyjazny. To jest miejsce, w którym chcę się czuć dobrze – otaczają mnie książki i przedmioty, które służą nie tylko do pracy, ale głównie do wypoczynku. Przy urządzaniu wnętrz unikałem zabiegów czysto scenograficznych i efekciarskich, bo to przecież filmy są prezentacją moich możliwości, a nie dom.
Widzę, że nawet kot doskonale czuje się w tym domu...
Nie przypuszczałem, że przy trybie naszego życia można w ogóle mieć zwierzę w domu. Wszystko zmieniło się jednak, kiedy pewnego dnia żona przyniosła małą, chorą kotkę. Znalazła ją w garderobie – praktycznie była bez szans na przeżycie. Miała zostać tylko na weekend, a wprowadziła się na… 17 lat. Sprawiła nam wiele radości i przysporzyła trochę kłopotów – już nawet wyjazd po Oscara bardzo się skomplikował, bo chciałem pojechać z żoną, a nie miał kto zaopiekować się Cleo. Bardzo jednak przeżyliśmy rozstanie z nią i w ogóle nie myśleliśmy o innym kocie, kiedy pewnego dnia, kilka dni po śmierci Cleo, przyszedł do nas Marlon. Nie chcieliśmy go przygarniać, bo nie byliśmy gotowi na nowego kota. Najpierw próbowaliśmy więc wynosić mu jedzenie do ogrodu, ale on nie akceptował naszych warunków i postanowił zamieszkać z nami. Daliśmy mu na imię Marlon, bo pomyślałem sobie, że on jest tak przystojny jak Marlon Brando – bardzo lubi być podziwiany i ma świadomość, że jest po prostu fajnym kotem.
Rozmawiała Katarzyna Wierzba