Pana życiorys jest intrygujący. Pojawiają się w nim dwie daty urodzenia i nazwisko Józef Rafał Feliks Chałupka…
W dokumentach mam niewłaściwą datę urodzenia – zamiast trójki ktoś wstawił piątkę i dzięki temu zyskałem dwa lata. To niezamierzona pomyłka drukarska. Nie staram się jednak tego prostować. Nie zależy mi na tym i w zasadzie nawet mnie to bawi. Z kolei zmiana nazwiska była celowa. Babcia ze strony mojej matki zażyczyła sobie, żeby zachować nazwisko Olbiński, bo obawiała się, że wraz z nią odejdzie ono w zapomnienie.
Skąd pomysł na architekturę?
Studia wybrałem pod wpływem ojca – miałem 17 lat i nie wiedziałem, czym tak naprawdę chciałbym się zająć. Mój ojciec marzył kiedyś o zawodzie architekta, ale wojna przeszko – dziła mu w realizacji planów, więc chciał, abym je kontynuował. Studiowałem bardzo długo, prawie 9 lat, a kiedy już zdobyłem dyplom, zwyczajnie przestało mnie to interesować.
Nie marzył Pan o projektowaniu nowoczesnych budynków?
Koniec studiów przypadł na najkoszmarniejszy okres dla architektury w Polsce. Budowano straszliwe blokowiska. To nie była architektura – trzeba było jak najwięcej osób zmieścić na jak najmniejszej powierzchni. Nie był to atrakcyjny zawód, a w Polsce bardzo upolityczniony. Wtedy już malowałem i bardzo mi się to podobało, bo efekty pracy były od razu widoczne i łatwiej można było zaistnieć. Owszem, zawód architekta jest bardzo szlachetny, ale też szalenie niewdzięczny. Mało jest gwiazd w tym środowisku, a więcej przeciętnych architektów, którzy zasuwają od rana do wieczora, biorą ogromną odpowiedzialność za swoje projekty, a niewiele daje im to satysfakcji, nie wspominając już o pieniądzach. Nie przekreśla Pan jednak studenckich lat? Nie był to dla Pana stracony czas? Zdecydowanie nie. To była świetna szkoła rysunku. Doskonale go opanowałem i to się akurat potem bardzo przydało. Giorgio Vasari, XVI-wieczny teoretyk sztuki, powiedział kiedyś, że „nie ma dobrej sztuki bez dobrego rysunku”, i ja się z tym całkowicie zgadzam.
Przed wprowadzeniem w Polsce stanu wojennego wyjechał Pan z kraju. Jak potoczyło się Pana życie w Ameryce?
Najtrudniejsze były pierwsze miesiące. Wyjechałem tylko po to, żeby zarobić trochę pieniędzy. Planowałem zorganizować wystawę plakatów albo zaprojektować kilka ilustracji do płyt czy gazet, a potem wrócić do Polski i np. kupić sobie nowszy samochód. Nie myślałem o przeprowadzce. W jednej chwili moje plany zmienił jednak stan wojenny. To było dramatyczne przeżycie. Najcięższe, w sensie psychicznym, były pierwsze tygodnie, kiedy musiałem pogodzić się z nową sytuacją, w której znalazłem się przecież nie z własnej woli. Po dwóch miesiącach zacząłem dość dobrze zarabiać – moje prace spodobały się w renomowanych czasopismach i wydawnictwach. W ciągu zaledwie paru miesięcy zarobiłem o wiele więcej pieniędzy niż kiedykolwiek w życiu. W dodatku było to szalenie proste i przyjemne. Cieszę się, że wybrałem wtedy sztukę użytkową. Ma ona bardzo racjonalne i przejrzyste kryteria. Przykładowo, dostaję zamówienie od „Newsweeka” czy „Time Magazine” na zrobienie okładki. Mam na to dwa dni i wiem, że nie mogę się spóźnić nawet o parę godzin, bo moja ilustracja z pewnością nie ukaże się w magazynie. Wiem też, że takie samo zlecenie otrzymali inni artyści i że zwycięży najlepszy rysunek.
Ile czasu zajmuje Panu stworzenie obrazu?
Pracuję bardzo szybko. Często dostaję jednodniowe terminy. Mój rekord to… trzy godziny!
Nie tęskni Pan za spokojną pracą?
Przyzwyczaiłem się już do zawrotnego tempa i właściwie nie potrafię pracować bez presji. Tylko wtedy rodzą się najlepsze pomysły.
Większość obrazów wystawia Pan na sprzedaż. Czy są takie, z którymi nigdy się Pan nie rozstanie?
Na pewno z wszystkimi, na których jest moja córka i żona. Gdybym je sprzedał, to z pewnością mógłbym liczyć przynajmniej na… rozwód (śmiech).
Pana obrazy zbierają kolekcjonerzy z całego świata – USA, Niemiec, Japonii, Szwajcarii, Australii… Utrzymuje Pan z nimi kontakt?
Tak, głównie z osobami, które mieszkają w Stanach Zjednoczonych, z paroma nawet się zaprzyjaźniłem, na przykład z pewnym małżeństwem, które ma już w swoich zbiorach około 30 moich obrazów i wciąż zamawia kolejne. To bardzo miłe.
Skąd Pan czerpie inspirację?
Najważniejszy jest pomysł, bo posługuję się językiem surrealistycznym. Mam oczy szeroko otwarte – oglądam wystawy, chodzę na koncerty, dużo podróżuję, czytam mnóstwo książek, studiuję filozofię… Przypomina to trochę wieczny proces samokształcenia. Staram się też każdego dnia dowiedzieć czegoś nowego, bo tylko wtedy taki dzień jest naprawdę udany.
A co dziś Pan odkrył?
Doskonałe pytanie! Oglądałem piękny album poświęcony Katyniowi i przypomniałem sobie smutną prawdę o Polsce. To była okrutna i brutalna zbrodnia wymierzona w myśl niemieckiej zasady: „Zniszczymy naród, jeśli zniszczymy elity”. Od razu pomyślałem o polskich profesorach rozstrzelanych we Lwowie czy właśnie o kwiecie inteligencji – polskich oficerach w Katyniu. Ogromna krzywda została wyrządzona temu narodowi i to cud, że pomimo wszystko wciąż jeszcze istnieje i rodzi nowych utalentowanych ludzi. Tyle na dziś, ale dzień jeszcze się nie skończył…
W procesie twórczym przystaje Pan na kompromisy czy daje się ponieść niczym nieskrępowanej wolności?
Dopiero niedawno zyskałem totalną wolność. Jeśli dziś przyjmuję zlecenie na plakat czy okładkę, to dlatego że sam tego chcę i że mogę zrobić, co tylko Ależ one są prawdziwe! Czasem tylko – tak jak chirurg plastyczny – trochę je upiększam. Najczęściej odejmuję lata, wygładzam cerę, wyszczuplam. Jeśli kobieta zamawia u mnie obraz, to przecież nie po to, żeby wyglądać na nim niekorzystnie. Często też portret jest pamiątką, która pozostaje w rodzinie na wiele pokoleń. Ważne jest więc, aby po kilkudziesięciu latach ktoś zachwycał się niezwykłą urodą babci...
Kontynuacja w wersji do druku..