Dwa wymiary moich światów (rozmowa z Jackiem Yerką)

Właściwie nazywał się Pan w dzieciństwie Ryszard Kowalski...
To prawda, ale zmieniłem imię, a nazwisko nawet dwukrotnie. Rodzice byli artystami, więc chcieli dać mi nowoczesne imię Jacek. Ale dziadkowie uznali, że to niepoważne imię, którego będę się wstydził, i tak stałem się Ryszardem. Nigdy nie używałem tego strasznego imienia, a po dwudziestu paru latach udało mi się je zmienić właśnie na Jacek. Z nazwiskiem było zupełnie inaczej – to pewnego rodzaju ucieczka. Zawsze czułem się wyalienowany z życia społecznego, a wielokrotne przeprowadzki pogłębiały tylko ten stan. Nie lubię nigdzie się zakorzeniać, a zmiana nazwiska jest bardziej fascynująca niż kolejna przeprowadzka. Jerka to nazwisko mojej żony. Kiedy jednak związałem się z galerią w Beverly Hills, za namową mojego ówczesnego agenta postanowiliśmy zmienić jego pisownię z „J” na „Y”. I wtedy Ryszard Kowalski już tak naprawdę zupełnie zniknął z powierzchni ziemi.

Kreuje Pan baśniowe światy. Czy to ucieczka od rzeczywistości?
Zawsze, malując czy rysując, staram się uciekać od rzeczywistości – w ten sposób szukam innego świata. Byłem dzieckiem nadwrażliwym, wszystko przeżywałem ze zdwojoną siłą, mocniej niż moi rówieśnicy – kiedy więc śniły mi się jakieś koszmary, to potrzebowałem jak najszybciej się od nich uwolnić, a najlepszym sposobem na to było właśnie rysowanie lub malowanie.

Chciałby Pan, aby wykreowany świat stał się rzeczywisty?
Nie. Maluję tylko to, co jest nierealne – światy, które nawet trudno nam sobie wyobrazić.

Pana rodzice byli artystami. Mógł Pan pójść inną drogą?
Nigdy nie marzyłem o tym, aby być artystą. Poważnie myślałem o astronomii – bardzo interesowałem się przedmiotami ścisłymi i przyrodą. Chciałem też studiować medycynę, uczyłem się nawet łaciny. I dopiero rok przed maturą uświadomiłem sobie, że to są dość elitarne kierunki i mam słabe szanse, żeby się na nie dostać. Nie chciałem więc ryzykować, bo panicznie bałem się, że zwerbują mnie do wojska. A tam z pewnością bym przepadł, bo przecież zawsze byłem bardzo delikatny i wrażliwy. I wtedy pomyślałem o wydziale sztuk pięknych. Wziąłem więc pierwszy raz w życiu farby olejne do ręki i zacząłem przebijać się przez tajemniczy świat kolorów.

Trudno wyrastać w domu artystów pochłoniętych twórczą pasją?
Nie. Mam bardzo przyjemne wspomnienia z dzieciństwa – zapach farb, tuszy, papieru, gumek do mazania i pędzli. To był bardzo nowoczesny dom. Rodziców widywałem zazwyczaj wieczorami, a w ciągu dnia opiekowali się mną ukochani dziadkowie. Najważniejsza była mama mojego ojca – Wanda. Przez całe życie nazywałem ją babunią. To właśnie w jej mieszkaniu i na spacerach po lesie spędziłem najpiękniejsze chwile. Babunia miała złote serce i anielską cierpliwość – nigdy nie podniosła na mnie głosu, bo wiedziała, że mógłbym bardzo to przeżyć. W przeciwieństwie do niej dziadek Jachu był apodyktycznym cholerykiem i nie znosił sprzeciwu. Kiedyś wypełniał księgi rachunkowe, a ja, dwuletni szkrab, koniecznie chciałem mu pokazać, że potrafię narysować auto. Krzyknął wówczas na mnie i odtąd traktowałem go z dystansem do końca życia. Wspomnienia z wczesnego dzieciństwa pojawiają się w moich obrazach – są one największym źródłem inspiracji.



  wersja do druku
|  mapa strony  |  polityka prywatności  |  kontakt  |  wyszukiwarka  |  newsletter

     polski
    © WITTCHEN 2012 All rights reserved  |  created by mouton.pl