
„PODANIE TEKSTU Z PIEKIELNĄ LOGIKĄ, ZUPEŁNIE POZBAWIONE EMOCJI, MOŻE WYWOŁAĆ DUŻO MOCNIEJSZĄ REAKCJĘ NIŻ UZEWNĘTRZNIANIE STANÓW EMOCJONALNYCH” – PRZEKONUJE JERZY STUHR, JEDEN Z NAJBARDZIEJ WSZECHSTRONNYCH POLSKICH AKTORÓW.
Został Pan wybrany aktorem 50-lecia. Co to właściwie znaczy być aktorem? To umiejętność zapamiętywania w sobie pewnych stanów emocjonalnych i odtwarzania ich na zawołanie. Nie wtedy, kiedy ci się podoba, tylko wtedy, kiedy wybije gong nawołujący widzów na spektakl, kiedy na planie strzeli klaps. Wtedy właśnie musisz stanąć na wysokości zadania i odtworzyć zapamiętane emocje. I jeśli potrafisz to zrobić, możesz być aktorem. To jednak nie wystarczy, bo jeżeli chcesz być artystą, to musisz mieć też w sobie przemożną chęć wypowiadania się do ludzi. Niestety, nie każdy dysponuje taką psychofizyczną cechą. Nie każdy potrafi cały czas być dla ludzi. Ale tylko ten, kto ma potrzebę ciągłego wypowiadania się przed nimi, jest aktorem. Na egzaminach wstępnych do szkoły teatralnej patrzę na młodych ludzi właśnie pod kątem tych dwóch kryteriów. Obserwuję, czy bardzo chcą mi coś przekazać, czy tylko realizują pewne zadanie, które ktoś im zadał.
Można posiąść umiejętności aktorskie czy są one zapisane w genach? Na pewno nikt nie rodzi się z takimi zdolnościami. Bardzo wiele czynników ma na nie wpływ i – co ciekawe – one zmieniają się też w ludziach na różnych etapach ich życia. Wystarczy, że coś się wydarzy w życiu, zadziała jakiś silny bodziec emocjonalny i nagle człowiek decyduje się otworzyć przed innymi ludźmi. Nie wierzę więc w uwarunkowania genetyczne, a raczej we wpływ rozmaitych czynników. Na przykład mój syn od dzieciństwa wyrastał w kręgu aktorskich zainteresowań, nasiąkał tą atmosferą, uruchamiał wyobraźnię. Trudno się dziwić, że poszedł właśnie tą drogą. Zawsze tak było, stąd właśnie brały się rodziny aktorskie.
Nie wszystkich emocji możemy doświadczyć. Zapewne są też i takie, których nigdy w życiu nie przeżyjemy. Jak sobie wtedy radzić? Bardzo przydatna jest w takiej sytuacji metoda Stanisławskiego – najpierw należy wyobrazić sobie okoliczności, w których doszło do konkretnych zdarzeń, a następnie przeanalizować, jakie towarzyszyły mi wówczas emocje. Zastanawiam się, co działoby się z moim organizmem, gdybym na przykład musiał podjąć decyzję o uśmierceniu kogoś. Do końca życia będę pamiętał pewne zdarzenie – niewiele brakowało, a zabiłbym człowieka. Już był pod kołami mojego samochodu, już zdarłem mu buta z nogi… Nigdy nie zapomnę tego, co wówczas czułem. Zastygłem w bezruchu, nie mogłem wyjść z auta, a on leżał na drodze i przeraźliwie jęczał. Myślę, że to już jest całkiem dobry stan, by poczuć emocje, które na przykład targały Makbetem. Nie zawsze jednak trzeba aż tak bardzo wczuwać się w okoliczności. Czasem warto skupić się przede wszystkim na tym, jakie moja rola zrobi na widzach wrażenie.
Przecież podanie tekstu z piekielną logiką, zupełnie pozbawione emocji, może wywołać dużo mocniejszą reakcję niż uzewnętrznianie stanów emocjonalnych.
Które emocje trudno jest Panu zagrać? Zawsze te, które są związane z uczuciami. Wynika to z mojej natury – ciężko jest mi uzewnętrzniać uczucia. Ale jeśli już zdecyduję się przełamać, efekty są zazwyczaj zdumiewające. Momenty takiej totalnej szczerości niestety zdarzają się bardzo rzadko.
Pamięta Pan swoją najważniejszą przygodę artystyczną? Miałem parę takich przygód w życiu. Te najistotniejsze związane są z teatrem, z rzadkim fenomenem przeżycia czegoś wspólnie z publicznością podczas jednego wieczoru. Takie chwile pozostaną w mojej pamięci na zawsze. Nigdy nie zapomnę wzruszenia widzów na „Kontrabasiście”, ich śmiechu i łez, porażenia ludzi bliskością ekspresji w „Zbrodni i karze” w reżyserii Andrzeja Wajdy czy dylematów mojego biednego Hamleta. I chociaż mniej mam takich wspomnień z filmów, to na pewno ostatnia scena z „Amatora” zawsze będzie dla mnie pewnym symbolem, zawsze też już będę pamiętał kilka kwestii z „Historii miłosnych”, kiedy musiałem się przełamać i wydobyć z siebie takie emocje, których nie potrafiłem okazać w stosunku do własnych dzieci. Dużo takich gorzkich chwil przeżyłem również podczas kręcenia „Tygodnia z życia mężczyzny” się spotykamy. Dwa dni temu niestety na pogrzebie jednego z nas. Miałem też wspaniałych pedagogów – bardzo wiele im zawdzięczam. Kiedy więc stawiałem pierwsze kroki na scenie, byłem już ukształtowanym człowiekiem.
Jest Pan wszechstronnym aktorem – sprawdza się w komedii, dramacie, tragedii. W którym gatunku czuje się Pan najlepiej? Na pograniczu gatunków. „Kontrabasista” jest typowym utworem, który ociera się o dramat psychologiczny i komedię. Fascynujące jest to, że w czasie jednego wieczoru mogę oprowadzić widzów po meandrach różnych gatunków. Dobrze czuję się też w komedii, choć trochę mnie nudzi, bo jak długo można powtarzać te same dowcipy?
Co Pan robi, kiedy światła gasną? Prowadzę szkołę teatralną. To jest straszna robota urzędnicza, dzisiaj na przykład od rana siedziałem w ministerstwie na naradzie.
Jak artysta radzi sobie na urzędniczej posadzie? Okazuje się, że można się tego nauczyć. Z pewnością nie jest to artystyczne zajęcie, ale bardzo pouczające, bo ma się władzę nad innymi ludźmi. To doświadczenie w pracy rektora może się więc przydać, chociażby przy przygotowywaniu się do roli
„Zwykle opowiada się dowcipy na jego temat albo anegdoty z nim związane, ale warto o nim powiedzieć parę słów poważnie – mówił o aktorze Krzysztof Kieślowski. – Wydaje mi się dość wyjątkowym w Polsce przypadkiem aktora, który sprawdza się we wszystkich gałęziach sztuki, które uprawia, to znaczy sprawdza się Stuhr i w filmie, i w telewizji, i w teatrze. Z czego to wynika? Myślę, że decydują o tym dwa elementy, o których warto powiedzieć. Pierwszy stanowi technika, wspaniała technika, opanowana do perfekcji we wszystkich właściwie szczegółach. Druga rzecz, nie mniej istotna, przydatna zwłaszcza dla kina, to jego znajomość rzeczywistości. A ponad tymi dwiema umiejętnościami góruje inteligencja. (...) On rozumie po prostu wiele z tego, co się dzieje dookoła”.
(Krzysztof Miklaszewski, „Twarze teatru. Jerzy Stuhr”, KAW 1981)
Kim czuje się Pan najbardziej – aktorem, reżyserem czy scenarzystą? Chciałbym scenarzystą, bo to mi się najbardziej podoba. Ale niestety już nigdy nie będę mógł się w pełni poświęcić tej pasji, ponieważ już zawsze będę postrzegany przede wszystkim jako aktor, a potem jako reżyser. Najważniejsze jest jednak to, co mówiłem na początku, żeby mieć w sobie chęć wypowiadania się do ludzi, a rzeczą drugorzędną jest fakt, jakiego użyjesz do tego pióra. Raz to pióro nazywa się reżyser, innym razem scenarzysta, kiedy indziej aktor. Natomiast chęć jest zawsze ta sama. Najwięcej przygody intelektualnej dostarcza mi wymyślanie nowego scenariusza. To jest fascynujące. Chciałbym w tym stanie przebywać jak najdłużej.
To może warto byłoby poświęcić się już tylko pisaniu? Niestety, nie jest to możliwe, bo najlepsze moje kombinacje myślowe są związane z tym, że potem to ja je odtwarzam. Nie potrafię oderwać od siebie tych dwóch procesów. Kocham „Duże zwierzę” i nie wiem, czy kiedykolwiek w życiu uda mi się jeszcze zrobić tak poetycki film. Zawsze imponowali mi poeci, sam jestem z wykształcenia filologiem ze specjalizacją poetycką, ale nie potrafię napisać wiersza. Tym bardziej więc cieszę się z tego filmu, a wręcz odczuwam tęsknotę, że już podobnego obrazu nigdy nie stworzę.
Nie od razu myślał Pan o aktorstwie, skoro najpierw studiował polonistykę. Pamięta Pan ten moment, kiedy zdecydował, że zostanie aktorem? W mojej rodzinie nie było tradycji artystycznych. Wszyscy krewni od strony ojca to prawnicy, a ja już w szkole średniej wiedziałem, że chcę zostać aktorem. Nigdy jednak nie łączyliśmy wykształcenia z uprawianym zawodem. Czym innym były studia na uniwersytecie, a czym innym zdobywanie zawodu. Na filologii próbowałem uzupełnić wszelkie braki w wykształceniu. To był piękny czas. Pamiętam, że na moim roku było ponad 200 dziewcząt, a wszystkie takie śliczne… Do dziś króla. Jako rektor podejmuję na co dzień bardzo trudne decyzje, na przykład te, które wiążą się ze zwalnianiem pracowników – ludzi, którzy kiedyś byli moimi pedagogami, uczyli mnie całe życie, chcieli dla mnie jak najlepiej, starali się, bym wyraźnie mówił. A teraz ja – ich uczeń – muszę im podziękować za wieloletnią pracę. Każda taka decyzja bardzo dużo mnie kosztuje. Podobnie jest, kiedy przeglądam oświadczenia lustracyjne moich współpracowników, a niejednokrotnie są to przecież moi koledzy, z którymi razem studiowałem, albo dziewczyna, z którą się spotykałem... To są sprawy, które głęboko zostają we mnie. Uczę się milczenia w sobie.
Dużo Pan podróżuje. Ma Pan naturę globtrotera? Ostatnio byłem w Kenii, ale właściwie był to prezent urodzinowy dla żony i pierwszy od lat tygodniowy urlop. Całe życie podróżuję raczej służbowo, a nie mam natury globtrotera. I gdybym musiał wybrać miejsce, w którym czuję się najlepiej, to powiedziałbym, że w hotelu i na lotnisku. W hotelu zawsze czeka na mnie czysty pokój, pościelone łóżko i przyrządzone śniadanie. A na lotnisku lubię ten moment, kiedy jest już po odprawie. Całe życie muszę się o wszystko troszczyć, sam sobie jestem sterem, żeglarzem, okrętem, wszystko zależy ode mnie, a na lotnisku, kiedy trzymam w ręce kartę pokładową, mam poczucie, że od tego momentu interesują się mną inni ludzie, którzy – jeśli tylko będzie to konieczne – wszędzie mnie znajdą.
Co Panu sprawia największą przyjemność? Przebywanie wśród kobiet i czytanie. Jestem absolutnie z epoki słowa czytanego. I to wcale nie musi być wielka literatura. Wystarczy jakiś artykuł, który mnie zainspiruje.
Jakiej rady udzieliłby Pan dziś młodemu adeptowi sztuki aktorskiej?Bardzo ciężko udziela się rad innym ludziom, bo życie każdego człowieka jest zupełnie odmienne. Na pewno życzyłbym każdemu młodemu aktorowi dużo zróżnicowanej pracy i umiejętności odróżniania tego, co robi się w danym momencie dla pieniędzy, nauki czy samej sztuki. W młodości bardzo wielu zajęć, szczególnie tych związanych z telewizją i filmem, podejmowałem się tylko w celach edukacyjnych. W Polsce nie ma aktorskiej szkoły filmowej z prawdziwego zdarzenia, wszyscy jesteśmy tak naprawdę aktorami przyuczonymi do filmu. Wiedziałem więc, że im szybciej zgłębię tajemnicę bycia przed kamerą, tym lepiej dla mnie. Sprawdzałem na przykład, jak moja ekspresja rejestruje się na taśmie filmowej. Bo są przecież różne prawa fotogeniczności i nie zawsze rezultaty są takie, jakich się oczekuje. Ale można się tego wszystkiego nauczyć. Dzisiaj niestety młodzi ludzie mają trudności z rozróżnianiem i wydaje im się, że wszystko, co robią, jest sztuką. Popularność myli im się z jakością. Pamiętam, że ja nigdy nie chciałem być popularny, bo popularny był pan od pogody czy piosenkarka, a ja chciałem być sławny, tak jak Tadeusz Łomnicki.
Który z początkujących aktorów ma szansę stać się kimś na miarę Łomnickiego? Na to pytanie nie ma odpowiedzi, bo to zależy od zbiegu różnych okoliczności, przypadku, szczęścia, a przede wszystkim spotkania właściwych ludzi.
Talent nie wystarczy? Nie wystarczy. Nie używam zresztą tego słowa, chyba że mam na myśli Mozarta czy Leonarda da Vinci. Ja raczę mówię o zdolnościach i predyspozycjach.
Aktorstwo jest więc rzemiosłem? Przede wszystkim. Co mi z tego, że przez aktora przeleci strumień światłości, jeśli on nie potrafi go zapamiętać i powtórzyć na drugi dzień. Jestem przekonany, że w filmie zrobiłem karierę głównie dlatego, że byłem do bólu powtarzalny. Kieślowski nie mógł się nadziwić, że za każdym razem potrafię identycznie powiedzieć „kocham cię” i nawet rękę tak samo położyć. To jest wielki walor i każdy reżyser docenia takiego aktora. Bo często tak się zdarza, że na próbie ktoś zagrał genialnie, a nie potrafi tego powtórzyć przy włączonej kamerze. Ileż ja miałem takich właśnie przypadków? Wtedy dopada człowieka bezsilność i ogromny ból, że nie udało się tego zarejestrować. Nie ma to jednak nic wspólnego z talentem, a raczej z umiejętnością zapamiętania danego stanu i odtworzenia go na zawołanie. I właśnie to sprawia, że komuś się powiedzie, że ktoś zostanie dostrzeżony. Widziałem już bardzo wielu utalentowanych artystów, którzy nagle gdzieś zniknęli – odmówili uczestniczenia w wyścigu szczurów. Bo w aktorstwie nie można być zbytnio wrażliwym, trzeba mieć potwornie mocne nerwy. Jeśli nie masz dość siły, by znieść pręgierz codziennych ocen, to nie nadajesz się do tego zawodu. Poszedłem kiedyś na spektakl, w którym grała moja bardzo zdolna uczennica. Było to zaraz po druzgocących recenzjach, które dopiero co ukazały się w prasie. Niezwykle ciężko było mi się przyglądać, jak ta fantastyczna aktorka z kwestii na kwestię traciła talent. Ledwo skończyła spektakl, a dziś nie uprawia już tego zawodu. Myślę, że wszystko to wpływa na to, że jednemu aktorowi się powiodło, a drugi pomimo talentu nie został nawet zauważony.
Rozmawiała Katarzyna Wierzba
JERZY STUHR Jeden z najbardziej wszechstronnych aktorów filmowych i teatralnych, reżyser i scenarzysta. Absolwent polonistyki na Uniwersytecie Jagiellońskim i wydziału aktorskiego w krakowskiej Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej. W czasie studiów występował w Teatrze STU, a następnie przeniósł się do Teatru Starego w Krakowie. W latach 80. związany był z teatrem włoskim, a za wspaniałe opanowanie języka włoskiego i jakość interpretacji w 1982 roku otrzymał nagrodę krytyki za pracę aktora zagranicznego w Italii. W latach 90. w teatrze nowohuckim reżyserował m.in. dramaty „Iwonę, księżniczkę Burgunda” Witolda Gombrowicza i „Mieszczanin szlachcicem” Moliera. Największym sukcesem teatralnym Stuhra był monodram „Kontrabasista” Patricka Süskinda z 1985 roku, który aktor zagrał w całej Polsce ponad 800 razy.
W latach 1991–1993 był członkiem rady ds. kultury przy prezydencie Rzeczpospolitej. W roku 1994 uzyskał tytuł profesora w dziedzinie sztuk teatralnych, a dziś piastuje urząd rektora PWST w Krakowie. W spektaklach reżyserowanych przez Konrada Swinarskiego, Jerzego Jarockiego, Krzysztofa Kieślowskiego i Andrzeja Wajdę stworzył wiele wybitnych i wielokrotnie nagradzanych ról, m.in. Sekretarza w „Życiorysie”, Piotra Wierchowieńskiego w „Biesach”, Piotra Wysockiego w „Nocy Listopadowej”, AA w „Emigrantach”, Horodniczego w „Rewizorze” oraz Porfirego Pietrowicza w „Zbrodni i karze”.
W filmie zadebiutował w 1975 roku. Największą popularność przyniosły mu role komediowe w filmach Juliusza Machulskiego: Maksika w „Seksmisji” oraz przywódcy krasnali w „Kingsajzie”. Zyskał wówczas opinię jednego z najlepszych polskich aktorów komediowych. Wyreżyserował i zagrał główne role w filmach: „Spis cudzołożnic”, „Historie miłosne”, „Tydzień z życia mężczyzny”, „Duże zwierzę”, „Korowód”. Od 1998 roku jest członkiem Europejskiej Akademii Filmowej. Napisał autobiograficzną książkę „Sercowa choroba, czyli moje życie w sztuce”. Jest ojcem aktora Macieja i graficzki Marianny.